Jan Kowalewski - Niepospolita
1504
post-template-default,single,single-post,postid-1504,single-format-standard,bridge-core-1.0.5,cookies-not-set,ajax_fade,page_not_loaded,,qode-title-hidden,qode_grid_1300,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-18.1,qode-theme-bridge,disabled_footer_bottom,qode_header_in_grid,wpb-js-composer js-comp-ver-6.0.2,vc_responsive

Jan Kowalewski

Rok 1920. Wojska Tuchaczewskiego szykują się do zwycięskiego, w ich mniemaniu, marszu na Warszawę. Polskie dowództwo dzielnie przygotowuje obronę, choć wie, że walka będzie ciężka. Nie liczą na cud, lecz czeka ich niespodzianka. Na biurko Naczelnika Józefa Piłsudzkiego trafiają raporty z rozszyfrowanymi depeszami wrogiej armii zdradzające istotne decyzje strategiczne Sowietów. Jak się później okaże, to nie był cud, ale początek całej ich serii. Cudotwórcą był oficer Wojska Polskiego Jan Kowalewski

W krótkich, żołnierskich słowach: Gdyby nie Jan Kowalewski, „Cudu nad Wisłą” (żaden cud, ale o tym dalej) by nie było i dziś rozmawialibyśmy po rosyjsku będąc integralną częścią świńskiego raju zwanego Związkiem Radzieckim. Ale od początku.

Jan Kowalewski pochodził z Łodzi będącej wówczas pod zaborem rosyjskim. Podczas Pierwszej Wojny Światowej został wcielony do Armii Carskiej, gdzie służył w wojskach inżynieryjnych, w pododdziałach telegraficznych. Miał więc okazję poznać dogłębnie procedury i praktykę operacyjną szyfrowania depesz w rosyjskiej armii.

W 1919 roku, już w wolnej Polsce trafił do wywiadu będącego oczkiem w głowie samego Naczelnika.. Tam objął stanowisko w Biurze Szyfrów z zadaniem analizy zaszyfrowanej, sowieckiej korespondencji wojskowej. Podobno dostał to zadanie całkowicie przypadkiem, ale każdy kto ma choćby blade pojęcie o pracy wywiadu, nawet z filmów, wie, że takie „przypadki” nieczęsto się zdarzają.

„Pewnego dnia jego kolega porucznik Sroka, chciał iść na dwutygodniowy urlop z powodu małżeństwa swej siostry. Zapytał Jana czy zastąpiłby go na służbie podczas jego nieobecności. Polegała ona na czytaniu przejmowanej korespondencji radiowej w różnych językach. Zawsze gotowy do pomocy Jan zgodził się. Małżeństwo uroczej panny Sroczanki zapoczątkowało serię wypadków, których następstwa wpłynęły na bieg życia Jana. (…) Trzeciego dnia w pakiecie ze stacji radiotelegraficznej Lwów, znalazł dwa intrygujące telegramy, zapisane kaligraficznym pismem przez podchorążego, który nawet zakreślił ramkę wokół tekstu. Pierwszy telegram był adresowany do dowództwa sowieckiej XII Armii w Kijowie, podpisany przez dowódcę Grupy (Operacyjnej) Jonę E. Jakira oraz jego szefa sztabu. Drugi był całkowicie zaszyfrowany, z wyjątkiem pierwszego słowa, „Delegat”, które było ujęte w cudzysłów. Janowi, gdy patrzył na rosyjskie telegramy, zaświtała w głowie pewna myśl. Był on dobrym matematykiem, powinien sobie poradzić z ich rozwiązaniem. Wynik mógłby być interesujący”. – Tak opisała to Judith Hare w opublikowanej w Londynie w 1952 r. biografii Jana Kowalewskiego

Jego sukces nie przeszedł bez echa. Natychmiast został oddany do dyspozycji Sztabu Generalnego, gdzie otrzymał zadanie utworzenia komórki kryptoanalitycznej. Do współpracy zwerbował najtęższe w ówczesnym czasie umysły matematyczne i analityczne. Ludzi ze znanego nam już o historii Stefana Banacha Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie i Uniwersytetu Warszawskiego.

Wkrótce rozszyfrowane sowieckie depesze szły w tysiące. M.in meldunki i rozkazy wymieniane przez Tuchaczewskiego – dowódcy Frontu Zachodniego Czerwonej Robotniczo-Chłopskiej Armii z Naczelnym Dowództwem tejże Armii. Konwersacje te dały przegenialny wgląd w posunięcia taktyczne i strategiczne Sowietów, co umożliwiło właściwe przygotowanie wojsk polskich. Szliśmy do tej bitwy po zwycięstwo.

Jeśli zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej było „Cudem”, to por. Jan Kowalewski był jego, niestety nieco zapomnianym, Cudotwórcą. Prawdziwym cudem był fakt, że w tak trudnym czasie znalazł się właściwy człowiek na właściwym miejscu.